Cześć wszystkim!

Nazywam się Paweł, mam 25 lat, i choć już nie pływam, moje krótkie zetknięcie z tym zajęciem można chyba nazwać intensywnym. Chciałbym podzielić się z Wami jedną z historii, bo lubię je opowiadać, być może kogoś ona zainteresuje, a ostatecznie może przysłużyć się wyciągnięciu jakiegoś morału.

Moja morska przygoda, przewrotnie, wiąże się ogniem. To był mój pierwszy kontrakt, wiosna 2013, studiowałem w tamtym okresie nawigację zaocznie i udało mi się załapać na praktykę do pewnej niemieckiej firmy.

Trafiłem na niewielki tankowiec, gdzie, z racji jego ładowności, która powodowała głównie krótkie i częste rejsy, szybko zostałem pochłonięty nieustanną pracą. Operacja ładowania na statku naszej wielkości zajmowała z reguły kilkanaście godzin, czasem dobę, działaliśmy głównie w rejonie Morza Północnego plus Bałtyk więc przeloty rzadko trwały więcej niż dwa dni. Do zwyczajowej pracy na otwartym morzu dochodziły częste manewry cumowania, wachty podczas załadunku i manewry wychodzenia z portu. Kolejne dni upływały więc dosyć szybko, choć po jakimś czasie zaczęły nużyć.

Powtarzające się czynności, jak te wspomniane wcześniej, uzupełnione przez rutynę pracy na pokładzie szeregowego marynarza, czyli głównie zajęcia konserwacyjne, zaczęły być wykonywane mechaniczne. Pewnym odstępstwem od tej powtarzalności były cotygodniowe ćwiczenia bhp i przeciwpożarowe, które odbywały się w godzinach pracy, a były zasadniczo od niej lżejsze, witane były zatem z przyjemnością.

Z perspektywy czasu muszę przyznać, że ważność tych przeprowadzanych z żelazną konsekwencją ćwiczeń, realizowanie jak największej ilości odmiennych scenariuszy jest naprawdę nie do przecenienia.

Ale po kolei.

Pewnego bardzo wczesnego ranka, gdy wykończony po nocnej wachcie i następujących bezpośrednio po niej manewrach wyjścia z portu położyłem się wreszcie spać, przeraźliwe głośny dźwięk syreny wyrwał mnie z dopiero co rozpoczętego snu. Na wpół przytomny zacząłem składać kołatające w głowie myśli w całość – co się dzieje, czy to w ogóle jawa?

Zamieszanie, które wybuchło na korytarzu, powtórzenie alarmu, dwa krótkie, świdrujące uszy dźwięki zwieńczone trzecim długim wyrwały mnie wreszcie z odrętwienia.

To się dzieje naprawdę.
Mamy pożar!

Wypadkową mieszanki adrenaliny, uprzedniego zmęczenia i wyćwiczonych, zautomatyzowanych odruchów było trochę nierzeczywiste, aczkolwiek całkiem sprawne działanie.

Ubrałem się pośpiesznie, zerknąłem na wiszącą nad koją tabliczkę informacyjną upewniając się, że dobrze zinterpretowałem sygnał alarmu, złapałem za kask i dopinając po drodze kamizelkę ratunkową, pobiegłem na miejsce zbiórki.

Teoria teorią, ale w praktyce w takich sytuacjach zawsze na początku dominuje chaos.

Nikt nie wie co się właściwie dzieje, jak poważna jest sytuacja i jak do niej doszło.

Ale to nie czas na zastanawianie się.

Jedyne co można zrobić to zrekonstruowanie sobie w pamięci przeprowadzanych ćwiczeń i zastosowanie się do wyuczonych procedur. Każda osoba z załogi ma w takim przypadku przydzieloną funkcję, określone zadanie i nadany przydział do grupy.

To są rzeczy, które ratują życie.

Specyfika pracy na morzu sprawia, że przy nagłych wypadkach załoga jest zdana tylko i wyłącznie na siebie, często opanowanie sytuacji wymaga natychmiastowego i sprawnego działania, a czas potrzebny na przybycie pomocy z zewnątrz zawsze jest za duży, by móc sobie pozwolić na czekanie na nią.

Pierwszym czego się dowiedzieliśmy było to, że pożar wybuchł w maszynowni. Nie wiedzieliśmy jaka była jego skala, ale uspokajałem się myślą, że załoga, której byłem członkiem była złożona z profesjonalistów, działała pod przywództwem doświadczonego kapitana i szczęśliwie akurat wyszliśmy z portu bez ładunku, którym w przypadku tankowców przeważnie są wysoce łatwopalne substancje. Po, w moim odczuciu, prawdziwie bohaterskiej akcji Pierwszego Mechanika i Bosmana udało się opanować sytuację, ewakuować załogę z maszynowni i wypełnić ją dla pewności dwutlenkiem węgla.

Epilog

Gdy przyszedł czas na podsumowanie strat i wyciągnięcie wniosków, w przemowie kapitana padło pewne sformułowanie, które wyjątkowo zapadło mi w pamięć. Mówił on między innymi o tym, że mnogość przepisów i procedur może przytłaczać, a ich regularnie ćwiczenie czasem nudzić, ale…

Pierwsza wersja takiego dokumentu bhp miała bardzo ogólną formę i zajmowała może kilka stron, a każdy kolejny jego akapit był literalnie dopisywany krwią ofiar.

Dokument rozrastał się do dzisiejszego rozmiaru uwzględniając coraz to bardziej szczegółowe wytyczne opracowywane w odpowiedzi na poszczególne wypadki. Inaczej mówiąc, każdy z tych przepisów, oprócz najbardziej ogólnych to echo jakiejś konkretnej sytuacji, jakiegoś konkretnego wypadku. Nasz przypadek również przyczynił się do zaktualizowania wewnątrz firmowych procedur. Niestety, tak jak poprzednie, został okupiony nieodżałowaną stratą jednego z naszych kolegów..

Przykładowa lista alarmowa na statku.

Zdjęcie: Przykładowa lista alarmowa na statku.

Nie chcę absolutnie nikogo straszyć tą historią, takie wypadki to na szczęście raczej rzadkość, ale niestety mogą się wydarzyć i nikt nigdy nie spodziewa się, że przytrafią się akurat jemu. Reguły nie ma. Można pływać wiele lat i nigdy nie mieć konfrontacji z taka sytuacją, a można, jak ja, zderzyć się z nią przy pierwszej możliwości. Tak jak wspomniałem we wstępie moje życie potoczyło się tak, że aktualnie wiążę swoją zawodową przyszłość z lądem, ale to przeżycie utkwiło mi w pamięci prawdopodobnie na zawsze i znacząco na mnie wpłynęło. Często wracam do niego myślami jak jestem zmuszony uczestniczyć w jakimś rutynowym szkoleniu.

Przez to co się wydarzyło te kilka lat temu patrzę dziś na takie szkolenia zupełnie inaczej niż kiedyś. Zdałem sobie sprawę, że są przeprowadzane z określonego powodu i w określonym celu, mianowicie zostały opracowane w wyniku konkretnej sytuacji i mają za zadanie nie dopuścić do jej powtórzenia. Warto sobie zdać z tego sprawę.

Paweł Sawczak

Zdjęcie: Tuż przed wypadkiem, na wyprawie na ląd. Po skrajnej prawej stronie, 2-gi mechanik, który stracił życie w wyniku obrażeń podczas pożaru.

Zdjęcie: Większość załogi na tle holowanego statku.