Witam wszystkich. Jest to mój  pierwszy (mam nadzieje nie ostatni) tekst na temat motocykli.

Ustaliliśmy, że pierwszy będzie o przygotowaniu maszyny do sezonu (pomimo tego, że w okresie wiosennym piszą o tym wszystkie media, włącznie z „Wielki świat kuchenny blat ” i „Przyjaciółką”).

W zasadzie każdy powinien to zrobić indywidualnie, zależnie od tego w jakim stanie pozostawił swój motocykl po ostatniej jeździe.

Jeśli zszedłeś z konia, wstawiłeś go do garażu i zaraz spadł śnieg w ilości 20 T/m2, to masz przekichane, ale jeśli rozumnie po ostatniej przejażdżce  wymyłeś go i psiknąłeś tu i owdzie znanym i lubianym  środkiem WD-40 ( nie mylić z WOODA -40%), to masz przechlapane ciut mniej.

Wszyscy pamiętamy że o akumulatory należy dbać. Generalnie nie dopuścić do rozładowania. Zatem zakładam że każdy swój akumulator podpiął do automatycznej ładowarki na cały czas postoju motocykla w garażu. Ładowarkę trzymam podpiętą pod prąd 24/7 (V/A) pracuje w automacie i nie pozwala aku się rozładować.

Gdy  idziemy w morze dobrze jest również podpiąć akumulator do w/w ładowarki. Poniżej tłumaczę dlaczego.

rat bike

Zdjęcie: urbanxtremebikes.com by Floris

Dzisiejsze akumulatory są tak zaprojektowane że, tzw „głębokie rozładowanie”, czyli rozładowanie do 0V powoduje „zapadnięcie cel „akumulatora. Wyjaśnił mi tak sprzedawca akumulatorów. Akumulatory w motocyklach nie ładowane przez kilka miesięcy czy nawet tygodni potrafią niestety „umrzeć bez możliwości zmartwychwstania”. Nie wskrzesi ich już żaden magiczny trik (choćbyś go ładował 3 dni i 3 noce w jaskini garażu). Zatem albo się z tym zgadzamy i kupujemy każdego sezonu nowy akumulator, albo dbamy o ten jeden. Wówczas przez cały czas nie użytkowania motocykla, akumulator powinien być podłączony do automatycznej ładowarki, dostępnej np. w sklepach na literę „J” za około 70 zyla  😀 Oczywiście możemy też się szarpnąć na prawdziwy żelowy i mieć spokój.

Nowoczesne akumulatory są kompletnie bezobsługowe, nic do nich nie dolewamy ani też nic nie otwieramy, żeby sobie tam zaglądać nie wiadomo  po co 😀

Akumulator mamy więc obcykany. Jedziemy dalej.

Patricia Alexandre

 

Zdjęcie: Patricia Alexandre

Jeśli nie mieliśmy czasu lub możliwości umycia motocykla przed zimowaniem to… To go już nie myjemy! To niby co robimy, zapytacie? A ubieramy się w kombinezonik (cośmy go, z któregoś tam statku na taki właśnie moment wzięli), bierzemy sobie latarkę i oglądamy maszynę: lagi przedniego zawieszenia, spód silnika, skrzyni biegów. Wszystko pod kątem ewentualnych wycieków, poceń, nieszczelności zbiornika paliwa lub oleju i tym podobnego szajsu… (osobiście wierzę że są gdzieś motocykle z których nic a nic nie cieknie, ale pewnie brykają gdzieś razem z jednorożcami). Zatem póki jest brudny to wszystko można zobaczyć.

Jeśli jednak nic nie widać, nic nie ślimaczy się po rurkach ramy lub spodzie silnika, możemy przystąpić do mycia potwora.

Idziemy raźnie do kuchni i cichaczem podkradamy naszej kobicie flaszkę znanego i lubianego płynu do mycia wszystkiego (w tym nagrobków, szyb, schodów, płotów, bruku itd) Płyn ma nazwę zaczynającą się na literę „L”. STOP! Nie robimy tak pod żadnym pozorem! Zostawiamy ulubieńca wszystkich gospodyń domowych w spokoju i pędzimy do sklepu nabyć flachę szamponu do mycia motocykli 🙂 (bez nabłyszczaczy i aloesu), w tej chwili  tłumaczę dlaczego.

Otóż wyżej wymieniony pupil na literę „L” zżera nam z motocykla dosłownie cały tłuszcz! Potrzebny i niepotrzebny, pamiętajmy ze cała masa linek, łożysk, wałków itd. potrzebuje do spokojnego życia  smaru lub cienkiej warstwy oleju silikonowego. Niestety potwór na literę „L” niszczy wszystko, bez wyjątku. Szampony dedykowane do motocykli są łagodnymi środkami. Owszem rozpuszczają brud, smar czy zaschnięty olej, ale powoli, wiec mamy większą szanse że to, co trzeba zostanie gdzie trzeba .Pamiętam takie lata kiedy był tylko pan na literę „L” i kiedy się nim wymyło swoją Mztke to skrzypiała po wyschnięciu jak wóz drabiniasty… Pamiętajmy, że WD-40 nie było dostępne!

Nie jestem też zwolennikiem naparzania po motorze myjką ciśnieniową. Możemy to zostawić zawodnikom i miłośnikom motocrossu. W cywilnych wersjach motocykli (czyli nie offroad +cross) newralgiczne punkty są oczywiście również zabezpieczone, ale nie w sposób „Heavy-duty” i woda pod ciśnieniem z myjki może im zaszkodzić. Pamiętajcie że, pewne elementy kiedy już „wodę wpuszczą” to już jej bez rozbiórki „nie wypuszczą” 😀 Zatem ciepła woda w michę, szczotka na kijku, szczoteczka do zębów (gąbek  osobiście nie używam, bo potrafią złapać ziarna piachu i więcej szkody jak pożytku) szlauch z wodą co najmniej 3 piwa bez alkoholowe i do boju.

Zdjęcie: nastogadka

O pielęgnacji lakieru czy chromu  nie będę się rozpisywać, gdyż każdy sam wiedzieć to powinien. Polecam wycieczkę do motoryzacyjnego. Wszystko można wyczytać na opakowaniach.

Po umyciu i wysuszeniu ponownie wdziewamy nasz wierny kombinezon i oglądamy cały motocykl pod kątem pęknięć, ubytków itp. Szczególnie polecam to właścicielom motocykli z aluminiowa ramą.  Oglądamy oczywiście wszystko: silnik, skrzynię, ramę. Sprawdzamy też instalację elektryczną pod katem przetarć i urwanych kabli. Oglądamy opony a w szczególności wentyle. Upewniamy się  czy są dobrze dokręcone do felgi i mają  kapturek (kapturek to zawsze ważna sprawa :D)

 

Ważną rzeczą podczas dłuższego postoju motocykla jest to, aby przestawić go parę razy w ciągu zimy, żeby zmienić miejsce nacisku w oponach. Najlepiej byłoby wyposażyć się w stojaki przód i tył, żeby unieść oba koła w górę. Nie są drogie i można je kupić przez Internet. Wiem że sporo motocykli ma centralną „nóżkę”. Jednak nie wszystkie. Pozostawienie maszyny na bocznej nóżce powoduje również wygniatanie się zimeringow np. na wale na stronie na której leży motocykl (tak dzieje się w starszych modelach HD!)Stojaki pod koła to naprawdę dobra rzecz.

 

Nie możemy zapomnieć o wymyciu łańcucha napędowego. Niektóre motocykle wyposażone są w wał kardana. W nich ograniczamy się do inspekcji pod kątem znalezienia ewentualnych pęknięć, wycieków lub dziwnych dźwięków.

Łańcuch najlepiej  myje się po zdjęciu go z motocykla, lecz nie wszyscy to zrobić potrafią. Czasem po prostu jednemu czy drugiemu jeźdźcowi robić się tego nie chce. Najprościej zrobić to szczoteczką do zębów i WD-40. Czyścimy ogniwo po ogniwie aby usunąć cały piach i pył. Drobny piach lub pył zmieszany ze smarem tworzy rodzaj ścierniwa i demoluje nam łańcuch od środka! Można nabyć drogą kupna maszynki do czyszczenia łańcucha. To nie głupia rzecz. Po umyciu smarujemy go smarem do ŁAŃCUCHA MOTOCYKLOWEGO w sprayu. Nie polecam żadnych sprawdzonych, domowych sposobów w postaci smaru szwagra Mariana lub też grafitowego czy łożyskowego.

Dedykowane smary do smarowania łańcuchów robią to najwłaściwiej, a przy tym nie pozwalają na przyleganie pyłu czy piachu. Dodam uczciwie że jeśli ktoś ma  ochotę to może użyć smaru grafitowego, jak najbardziej. Spodni jednak nie dopierze! Kiedyś faktycznie nie było takiej chemii jak dzisiaj, a  łańcuchy były łączone na żywca, metal do metalu, bez żadnych silikonowych przekładek i tym podobnych współczesnych cudów. Łańcuch gotowało się w starym oleju silnikowym lub smarowało smarem grafitowym, który podczas jazdy bryzgał dookoła (zwłaszcza kiedy osłony na łańcuch były połamane).

Zasada główna jest taka: kiedy napisane jest przeznaczony do „łańcucha motocyklowego”, to używamy zgodnie z przeznaczeniem.

Zdjęcie: Andreas

Pamiętamy oczywiście o oświetleniu! Sprawdzamy żarówy, włączniki  stopu, przełączniki,  bezpieczniki, przewody wysokiego napięcia (pod katem przebić, przebija = do śmietnika) Generalnie dajmy niebieskim jak najmniej powodów do sprawdzenia nas.

Został nam już tylko olej, świece, zalać maszynę paliwem i w drogę! „Mucha w czoło, pszczoła w oko, hej w drogę po wiatr i przygodę!” jak to mawia niejaki Nos. Pozdrawiam i życzę szerokiej drogi.